Świetne uporządkowanie wiedzy. Oddzielenie naukowych faktów od konstruktów ideologicznych. Na pewno warto zajrzeć, by zrozumieć różnice między płcią biologiczną (sex) a płcią kulturową (gender) oraz w jaki sposób mieszanie czy też raczej utożsamianie tych dwóch pojęć rodzi nie tylko szereg nieporozumień, ale dostarcza uzasadnienia dla totalizujacych praktyk i zwyczajnego niszczenia ludzkiego zdrowia i życia.
Autorka jest naukowcem w specjalizacji seksuologia, lecz poczuła się zmuszona do rezygnacji z dalszej kariery naukowej, gdyż jej kontynuowanie oznaczało konieczność rezygnacji z naukowych metod, zasad i wartości. Nieco przeszkadzają w trakcie lektury żale autorki na własne doświadczenia, ale trudno się im dziwić, w kontekście totalizujących antynaukowych praktyk, dziejących się nie w chińskim czy białoruskim totalitaryzmie, a w najważniejszym do pewnego momentu państwie światowej nauki, czyli w Stanach Zjednoczonych.
Daleko jednak tej książce do egocentrycznej publicystyki, a porcja solidnej naukowej wiedzy, podanej w przystępny i zwięzły sposób pozostaje dominującym elementem zawartości. Warto zajrzeć, choćby po to by wiedzieć kto i kiedy robi nas w balona...
Jakże głęboko wrosły w powszechną świadomość bolszewickie manipulacje dotyczące Brygady Świętokrzyskiej! Zaskakujące, jak często, nawet w świadomym charakteru komunizmu towarzystwie pokutują propagandowe klisze dotyczące rzekomej bandyterki antykomunistycznego podziemia, hitlerowskiej kolaboracji Józefa Mackiewicza, czy Brygady Świętokrzyskiej właśnie. Dużo jeszcze wody w Wiśle upłynie, zanim kłamstwa historyczne zastąpione zostaną rzetelną wiedzą o faktach i historycznych kontekstach.
Tymczasem mamy powieść napisaną na podstawie dokumentów. Pod względem formy wiele tej literaturze brakuje. Czkawka rytmu, niezdecydowanie czy to powieść czy reportaż, stylistyczne potknięcia... Jednak wynagrodzone jest to autentyzmem i wiernością faktom. Taki niestety jest nasz polski los, że nic nie jest proste, nic nie jest oczywiste, a paradoksy i nieprawdopodobne przypadki są na porządku dziennym. I ta wierność faktom wynagradza niedostatki formy. Bo narracyjna czkawka oddaje po prostu naturę tej chorej rzeczywistości, w której bandyci są sędziami swoich ofiar.
Niezwykle cenna pozycja, zdecydowanie dla dorosłego czytelnika, który jest otwarty na rozumienie świata i który nie szuka jedynie potwierdzeń dla swoich z góry powziętych poglądów.
Potwierdziło się, że to nie my wybieramy książki, to książki wybierają nas. Nie wiem czemu nigdy wcześniej nie sięgnąłem po tę pozycję, może dlatego że dziecięce spotkanie z Dickensem nie zachwyciło mnie nigdy. Tymczasem teraz, w wieku mocno dojrzałym, książka ta zawołała do mnie, wspomniana w jakiejś rozmowie i... utonąłem.
Lecz to, co najbardziej mnie poruszyło i wciągnęło to język, odzwierciedlający sposób pojmowania świata. Jakże odmienny od naszej, romantycznie słowiańskiej spontaniczności, swobody, wolności. Naturalność, z jaką zarówno narrator jak poszczególne postacie opisują swoje odczucia daje nieodparte wrażenie autentyczności. Odmienność sposobu postrzegania zjawisk i sposobu komunikowania uczuć dotyka do szpiku, dając wrażenie obcowania z inną planetą, choć to przecież wcale nieodległy, również ludzki świat i, przynajmniej teoretycznie, ten sam krąg cywilizacyjno-kulturowy.
Dzięki tej przepełnionej autentyzmem obcości, możliwe staje się zrozumienie samego siebie i charakteru własnej kultury, systemu wartości i sposobu postrzegania świata. Bardzo cenne doświadczenie, pozwalające pojąć, dlaczego tak trudno nawet dzisiaj, nie tylko o porozumienie, ale chociaż najprostszą komunikację między Anglosasami a Słowianami.
Do pewnego momentu wydawało mi się, że wśród literackich nagród Booker daje sporą nadzieję na dobrą literaturę. Dobrą, czyli taką, która łączy dobrą formę z ciekawą historią pozostawiając czytelnika z satysfakcją dotknięcia nowych aspektów rzeczywistości.
Poczucie kresu zawodzi. Dwa czy trzy suspensy to trochę za mało. Poprawnie od strony formy napisania opowieść nie zachwyca jednak ani konstrukcją, ani tematem. No przemijamy. Każdego to zaskakuje. Lepimy z okruchów wspomnień pajęczynę życia, ale i tak skazani jesteśmy od urodzenia. Zaś to co pamiętamy wcale nie odzwierciedla rzeczywistości, bo ta jest zupełnie inna niż nam się wydaje. No bardzo to ciekawe i odkrywcze. Super.
Czy niezbędne do tej konstatacji są powracające obrazy masturbacji, seksualnych szyderstw, zwodzeń i rozczarowań? Ja rozumiem, że bez seksu nie ma szans na sprzedaż, ale też że jest to ważny aspekt życia i osobowości, jednak u Barnsa proporcje zdecydowanie zbyt blisko są efektom skakania po telewizyjnych kanałach. Kilka dobrych momentów nie wynagradza towarzyszącego lekturze poczucia traconego czasu.

Zły krąży po Warszawie, po rozmowach, po literaturze. Wraca przy tak wielu różnych okazjach, że trudno o nim nie słyszeć. Ale któż czytał? Jest trochę jak mityczny Kudłaty, wzbudza fascynację, może właśnie dzięki temu, że jest ikoną a nie żywą książką? Czemu nie sięgnąłem wcześniej? Odpowiedź jest prosta: to nie my sięgamy po książki. To książki sięgają po nas.
Kapitalna to lektura. Pretensjonalne dialogi przywołują przed oczy filmy z tej samej epoki. Niewinni czarodzieje czarują obrazy, których sztuczność jest namacalnie prawdziwa i buduje klimat konkretnego czasu. I to właśnie ten klimat jest w tej powieści najciekawszy. Klimat powojennej Warszawy, pomijający co prawda tragiczne okoliczności sowieckiej okupacji, ale przecież ludzie żyli, robili interesy, pobierali się i próbowali wychowywać dzieci w każdych okolicznościach. Dlatego ten brak nie przeszkadza zbyt mocno w tej łotrzykowskiej historii, z której namacalnie wychodzi czas przełomu, gdy przedwojenny etos jeszcze nie do końca ustąpił bandyckiemu cynizmowi przebranemu w garnitury partyjnych aparatczyków...
Co za ból!!! Skończyłem, ale po każdym rozdziale miałem ochotę rzucić to coś w kąt. Niemal każdy film "na motywach prozy Dicka" rozwala, powala, a przynajmniej zatrzymuje, tymczasem... no: nie. Narkotyczny odjazd skutkujący nowatorskim spojrzeniem na jakieś aspekty rzeczywistości mógłby mieć szansę powodzenia gdyby został przepuszczony przez twórczy filtr wewnętrznej spójności. Opowieści Ziemiomorza trzymają się zasad swojego świata, a jeśli zasady te są łamane to ma to swoje wewnętrzne uzasadnienie. Na każdym ze światów Hain bohaterom przytrafiają się najbardziej absurdalne z ziemskiego punktu widzenia sytuacje ale są one spójne z całościową wizją danego świata. Nawet absurd przygód lemowskiego Ijona Tichego jest pełnym paradoksów ale spójnym multiversum. U Dicka nie ma nic poza luźnym zbiorem pokwasowych wizji, z których ani bohaterowie ani czytelnik nie wyciąga żadnych istotnych interpretacji. I rozumiejąc wizjonerską ideę niemożności rozpoznania wirtualnych (fantomowych w języku Lema) światów od realności, to jakość literacka tej wizji niestety nie broni się przed upływem czasu i rozpada jak garnitury kolejnych bohaterów wobec doskonalszych formalnie opowieści młodszych o kilkadziesiąt lat. Jeśli inne książki Dicka nie są tak dobre jak Ubik, to nie wiem czy się do czegoś jeszcze wezmę, bo literacko była to olbrzymia strata czasu.
Jedyną korzyścią lektury jest świadomość, że przeczytałem Dicka cokolwiek i wiem już czemu te książki nie ciągnęły mnie wcześniej. Cytatów żadnych nie będzie, bo nie ma czego cytować...
Skoro Wydziedziczeni, to może też inne światy? Tak! Jak najbardziej tak! I w zasadzie na tym poprzestanę, bo trzeba by się rozpisać, tymczasem każdy świat dotyka czegoś ważnego, czego nie da się zawrzeć ani w jednej myśli, ani w jakimkolwiek streszczeniu. Często to, co istotne kryje się między wierszami i dochodzi do głosu dopiero na koniec lektury. Jak tu opisać tę całą subtelność obserwacji i konsekwencji specyfiki danego Świata? Trzeba po prostu to przeczytać. Lektura zmienia człowieka...
Kolejna analiza natury cywilizacji i charakteru zmian dziejących się na naszych oczach. Czy odkrywcze? Po Lemie, Zajdlu i pracach Zybertowicza? Raczej kolejny kamyczek porządkowania intuicji i językowego zagospodarowywania przeczuć każdego zastanawiającego się nad otaczającym światem. Kilka nowych słów, kilka nowych myśli i dużo kontekstu, który pozwala te kilka językowych nowości wytłumaczyć i wykorzystać do uporządkowania opisu rzeczywistości. Na pewno warto, jako poszerzenie poznawczego pola, ale nie jest to książka epokowa, otwierająca nieznane obszary zagadnień, których myśl ludzka wcześniej nie dotknęła.
Koncepcja, by radzić sobie z demencją tworząc rezerwat wspomnień, które jeszcze nie odeszły, jest niewątpliwie ciekawym pomysłem. Mogłaby być pretekstem do zbadania także innych spraw związanych z przemijaniem, rolą wspomnień, czy takich kwestii jak uciekanie od rzeczywistości. Mogłaby, ale nie jest. A szkoda.
Postmodernistyczna zabawa konwencjami i erudycyjne żonglowanie ikonami (pop)kultury są czasami całkiem ciekawe, ale gdy są pomieszane z fragmentami bełkotliwymi albo nieścisłymi powtórzeniami - które mają może pobudzić czytelnika do polemiki albo wzbudzić w nim wątpliwą radość ze złapania autora na niekonsekwencji - staje się to nużące i rozczarowujące.
Oczekiwanie na zakończenie nie przynosi spełnienia, autor zdaje się porzucać swoją książkę jak Gaustyn, być może zapominając co chciał napisać, a może nie potrafiąc rozwinąć ciekawej koncepcji, której konsekwencji po prostu nie udźwignął.
Sięgnąłem po tę książkę przekonany posłowiem Lema, który tak podsumował swoją lekturę:
Żywię dla „Czarnoksiężnika” szczególny sentyment. Jest to jedyna pozycja amerykańskiej fantasy, która wzbudziła mój szacunek. Zarazem pocieszyła mnie po lekturze (znanej i u nas) powieści Tolkiena „Władca Pierścieni”. To głośne dzieło pozostawiło mnie obojętnym, a nawet znudzonym. Toteż gdyby nie „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, uznałbym się – wobec współczesnej fantastyki bajeczno-magicznej – za ślepego, wobec kolorów. Ursula Le Guin pomogła mi swoją powieścią odzyskać wiarę zarówno w żywotność fantastyki amerykańskiej, jak i w moją wrażliwość na jej – rzadkie niestety – uroki.
Mogę tylko potwierdzić: nie zawiodłem się.
Co robić? Jak traktować? Kiedyś dostałem zamiast odpowiedzi polecankę: jest takie opowiadanie, o wybitnym fizyku, którego wybitność jest mało ceniona na planecie, na której żyje. Być może jest po prostu nieprzydatna? Niemniej spojrzenie na społeczeństwo w tym tekście było najciekawszą warstwą dla Polecającego, który tez się zastanawia nad odpowiedziami na te podstawowe pytania...
A sama opowieść? Chyba nie najlepiej przetłumaczona. Ciekawie skonstruowana, bo prosta skądinąd historia wciąga kolejnymi kręgami, jakie się tworzą na powierzchni po chlupnięciu czytelnia w jej otchłań. Jednak pozostaje też wrażenie szarpania, nierównego rytmu i huśtawki poziomów. Obok poetyckich subtelnych fragmentów leżą sobie dosadne dosłowności wybijające z obłoków albo sprowadzające na grunt niemalże fizjologiczny...
Chyba słabo zaczynać od ostatniego opowiadania, ale... co zrobić...
„Recenzje z Możliwości Wyspy trafiły na pierwsze strony magazynów literackich wiele miesięcy przed publikacją. Dzięki błyskawicznym przekładom książka ukazała się w kilku krajach jednocześnie. W ciągu ośmiu dni od premiery wydawca francuski sprzedał cały nakład – 200 tys. egzemplarzy. Autor zapowiada adaptację filmową we własnej reżyserii.”
To tyle z okładki tej książki, którą zmęczyłem ostatnio powodowany wewnętrznym imperatywem poznania czegoś co jest dyskutowane nawet w wielkonakładowych dziennikach. Nie zachęciły mnie drukowane tam fragmenty powieści, nie zachęciły mgliste recenzje. Jednak aby mieć zdanie na jakiś temat – trzeba ten temat poznać, chociaż liznąć. Pisarze, których szanuję, wypowiadający się się na temat twórczości Houellebecqa nie maja o nim wysokiego zdania. Po przeczytaniu książki dołączyłem do nich, choć pewnie z zupełnie innych powodów.
Co mi się nie podoba? Niekonsekwencja i bałaganiarstwo. Bohater obudził się i z przerażeniem stwierdził, że nie ma przy nim psa. Okazało się, że pies ociera się się o drzewo kilka kroków dalej wściekle ujadając. Ujadanie bohatera nie obudziło? Albo stopione lody Arktyki i Antarktydy zatopiły prawie całą Azję zostawiając tylko Tybet. A Europa? Europa pogrążyła się w wojnach. Przecież wiadomo, że Europa leży znacznie wyżej niż Tybet. Takich rzeczy jest w powieści mnóstwo i niestety sprawiają one, że wszystko się czyta nie jak przekaz intelektualisty ale jak opowiadanie uczniaka. Dbałość o szczegół i trzymanie się praw fizyki pozwoliło Lemowi zbudować światy, które porażały swoim filozoficznym przesłaniem. Można było wejść w wykreowany świat bez wątpliwości, zapominając o jego fikcyjności, wniknąć w jego system wartości i poczuć co jest nie tak, albo zastanowić się nad przesłaniem. Niestety u Houellebecqa te drobne niekonsekwencje sprawiają, że wykreowany świat momentalnie rozpada się z hukiem jak przerwany budzikiem sen, wracasz na jawę i stwierdzasz: ale głupi ten sen. Niestety, aby pochylić się nad wartością przekazu autora musi on zadbać także o stronę formalną.
Może Houellebecq powinien skupić się na eseistyce publicystycznej, zostawiając literaturę literatom. Albowiem (choć to już można zrzucić na karb tłumaczenia) również językowa strona powieści pozostawia wiele do życzenia. Stanowczo Houellebecq nie jest mistrzem słowa. Nie jest również mistrzem artystycznej konstrukcji powieści. Pomysł to nie wszystko. Powieść to nie konceptualizm.
Nie pamiętam rok, czy dwa lata temu usłyszałem Lao Che. Jak to się stało, że młodzi przecież ludzie, z pokolenia abnegatów zbyt młodych, by załapać się na uwłaszczenie i zbyt starych by styropian był im obojętny, zbyt młodych by załapać się na peerelowską martyrologię i zbyt starych by peerelu nie pamiętać, z pokolenia, o którym mówiło się, że wszystkie wartości zwisają im i powiewają, że szanse dawno przegrane i energia zmarnotrawiona, że z tego pokolenia znalazła się garstka osób, która zrobiła taką płytę jak Powstanie Warszawskie. Świeżość, energia, emocje, przy zachowaniu artystycznej równowagi, planu i skupienia, połączone z artyzmem wykonania, z odpowiednim doborem środków w odpowiednich miejscach – to wszystko rzuca na kolana pod ciężarem wartości (o których coraz rzadziej się dziś mówi) artystycznych. Jeśli dodać do tego plotki jakoby płyta powstawała w towarzystwie środków tak dobrze znanych Witkacemu – wrażenie skończoności tego para-punkowego dziełka jest w dwójnasób zdumiewające.
Cały wytrysk różnego rodzaju gadżeciarstwa oraz słusznych inicjatyw, który zaczął się obchodami 60-lecia Powstania, nie przysłużył się płycie Lao Che, bo wpisał ją w obcy zamierzeniom nurt wydarzeń, zgodnie z prawami historii porywający wszystko na swojej drodze jak gwałtowna powódź. Chłopcy pracowali przez trzy lata nad dziełkiem, które miało być po prostu dobre, a stało się polityczne. Trudno. Ale nie poprzestawajmy na pierwszych wrażeniach i spróbujmy się wsłuchać w te odgłosy, czasem trudne, czasem wulgarne, zawsze znajome, a jakże inne. Jeśli chodzi o emocje jakie mogły towarzyszyć naszym poprzednikom w trakcie tego naprawdę ważnego wydarzenia – ta płyta przekazała mi znacznie więcej niż jakikolwiek dotychczasowy film, książka czy opowieść. Naprawdę polecam, szczególnie w taki dzień jak dziś, gdy o godzinie W nikt już się nie zatrzymuje na dźwięk warszawskich syren.
Młodzi ludzie ze straconego pokolenia mają więcej szacunku dla historii niż zaganiani ważni i kulturalni mieszkańcy współczesnej stolicy. Dzisiaj tak patetycznie, ale po prostu tak się czuję co roku, gdy patrzę przez okno na te mrówki bezrefleksyjnie pędzące do swoich nieważnych celów pomimo dobitnego i oczywistego w swojej wymowie hołdu syren.