Co za ból!!! Skończyłem, ale po każdym rozdziale miałem ochotę rzucić to coś w kąt. Niemal każdy film "na motywach prozy Dicka" rozwala, powala, a przynajmniej zatrzymuje, tymczasem... no: nie. Narkotyczny odjazd skutkujący nowatorskim spojrzeniem na jakieś aspekty rzeczywistości mógłby mieć szansę powodzenia gdyby został przepuszczony przez twórczy filtr wewnętrznej spójności. Opowieści Ziemiomorza trzymają się zasad swojego świata, a jeśli zasady te są łamane to ma to swoje wewnętrzne uzasadnienie. Na każdym ze światów Hain bohaterom przytrafiają się najbardziej absurdalne z ziemskiego punktu widzenia sytuacje ale są one spójne z całościową wizją danego świata. Nawet absurd przygód lemowskiego Ijona Tichego jest pełnym paradoksów ale spójnym multiversum. U Dicka nie ma nic poza luźnym zbiorem pokwasowych wizji, z których ani bohaterowie ani czytelnik nie wyciąga żadnych istotnych interpretacji. I rozumiejąc wizjonerską ideę niemożności rozpoznania wirtualnych (fantomowych w języku Lema) światów od realności, to jakość literacka tej wizji niestety nie broni się przed upływem czasu i rozpada jak garnitury kolejnych bohaterów wobec doskonalszych formalnie opowieści młodszych o kilkadziesiąt lat. Jeśli inne książki Dicka nie są tak dobre jak Ubik, to nie wiem czy się do czegoś jeszcze wezmę, bo literacko była to olbrzymia strata czasu.
Jedyną korzyścią lektury jest świadomość, że przeczytałem Dicka cokolwiek i wiem już czemu te książki nie ciągnęły mnie wcześniej. Cytatów żadnych nie będzie, bo nie ma czego cytować...