Co robić? Jak traktować? Kiedyś dostałem zamiast odpowiedzi polecankę: jest takie opowiadanie, o wybitnym fizyku, którego wybitność jest mało ceniona na planecie, na której żyje. Być może jest po prostu nieprzydatna? Niemniej spojrzenie na społeczeństwo w tym tekście było najciekawszą warstwą dla Polecającego, który tez się zastanawia nad odpowiedziami na te podstawowe pytania...
A sama opowieść? Chyba nie najlepiej przetłumaczona. Ciekawie skonstruowana, bo prosta skądinąd historia wciąga kolejnymi kręgami, jakie się tworzą na powierzchni po chlupnięciu czytelnia w jej otchłań. Jednak pozostaje też wrażenie szarpania, nierównego rytmu i huśtawki poziomów. Obok poetyckich subtelnych fragmentów leżą sobie dosadne dosłowności wybijające z obłoków albo sprowadzające na grunt niemalże fizjologiczny...
Chyba słabo zaczynać od ostatniego opowiadania, ale... co zrobić...
W szkole:
Zgłosił się pierwszy ochotnik - tykowaty ośmiolatek o szczupłych dłoniach i wielkich stopach. Stał bardzo prosto (jak to dzieci zdrowe); jego twarz, pokryta delikatnym meszkiem, była zrazu blada, potem - kiedy czekał, aż koledzy się uciszą - oblała się rumieńcem.
- No, proszę, Szevek - zachęcił prowadzący zajęcia.
- Ja chciałbym się podzielić pewną myślą.
- Głośniej - przerwał mu nauczyciel, mocno zbudowany dwudziestoparolatek.
Chłopiec uśmiechnął się nieśmiało.
- Otóż, widzicie, przyszło mi do głowy... Powiedzmy, że rzucacie w coś kamieniem. Na przykład w drzewo. Rzucacie, kamień leci w powietrzu i uderza w drzewo. Zgadza się? Tylko że w rzeczywistości on nie może w nie uderzyć, ponieważ... Czy mogę prosić o tabliczkę? Spójrzcie, stąd rzucacie kamieniem, a tu stoi drzewo - rysował na tabliczce - powiedzmy, że to jest drzewo, a to kamień, tu, w połowie drogi. - Dzieci zachichotały, rozbawione jego przedstawieniem drzewa holum, on sam uśmiechnął się. - Żeby dolecieć od was do drzewa,kamień musi przebyć połowę drogi, jaka was od niego dzieli, prawda? Potem połowę następnego odcinka między tą połową a drzewem. A potem połowę tej następnej połowy między tą drugą połową a drzewem. Choćby nie wiem jak daleko doleciał, zawsze da się wskazać takie miejsce (tyle że w istocie tu chodzi o czas), które znajduje się w połowie drogi między jego ostatnim położeniem a drzewem...
- Czy to jest waszym zdaniem ciekawe? - przerwał mu prowadzący zajęcia, zwracając się do reszty dzieci.
- Czemu on nie może dolecieć do tego drzewa? - zapytała dziesięcioletnia dziewczynka.
- Bo zawsze pozostanie mu do przebycia połowa drogi, jaka go od niego dzieli - wyjaśnił Szevek - a następnie połowa tej połowy i połowa następnej połowy i tak dalej, rozumiesz?
- Może po prostu źle wycelowałeś - powiedział prowadzący zajęcia z wymuszonym uśmiechem.
- Nie ma znaczenia, jak się wyceluje. Kamień nie może dolecieć do drzewa.
- Kto ci podsunął tę myśl?- Nikt. Wydaje mi się, że ją zobaczyłem. Chyba rozumiem, dlaczego kamień w rzeczywistości...
- Wystarczy.
Niektóre dzieci, które przedtem rozmawiały, teraz umilkły, jakby naraz zaniemówiły. Chłopiec stał z tabliczką w ręku w zapadłej nagle ciszy. Wyglądał na wystraszonego, twarz mu się skrzywiła.
- Mowa jest dzieleniem się - sztuką kooperatywną. Ty się nie dzielisz, ty egoizujesz.
Z holu dobiegała prosta, skoczna melodia orkiestry.
- Nie odkryłeś tego samodzielnie. Czytałem już coś podobnego w jakiejś książce.
Chłopiec łypnął na nauczyciela.
- W jakiej książce? Czy ona tu jest?
Prowadzący zajęcia wstał. Był od Szeveka niemal dwa razy wyższy i trzy razy cięższy, jego twarz zdradzała głęboką niechęć do ucznia; w jego postawie nie było jednak groźby użycia fizycznej przemocy, jedynie chęć podbudowania autorytetu, nadwerężonego przez pełną irytacji odpowiedź, której udzielił na dziwaczne pytanie chłopca:
- Nie! I przestań mi tu egoizować! - Wrócił do melodyjnego, pedantycznego tonu: - Takie wypowiedzi stoją doprawdy w bezpośredniej sprzeczności z celami, które przyświecają nam w grupie mówienia i słuchania. Mowa jest funkcją dwukierunkową. Szevek, w przeciwieństwie do większości z was, jeszcze nie dorósł do zrozumienia tej prawdy, toteż jego obecność w grupie stanowi zawadę. Ty sam to chyba czujesz, co, Szevek? Sugerowałbym, żebyś znalazł sobie grupę odpowiednią do twego poziomu.
Nikt więcej się nie odezwał.
***
Okres dojrzewania:
Wdrapali się na wzgórze, bo spragnieni byli męskiego towarzystwa. Obecność kobiet ich męczyła. W ostatnim czasie wydawało im się, że świat jest pełen dziewcząt. Gdziekolwiek spojrzeli - na jawie to czy we śnie - wszędzie widzieli dziewczęta. Każdy z nich próbował już z nimi kopulować; niektórzy podejmowali nawet rozpaczliwe próby niekopulowania z dziewczętami. Bez różnicy.
***
O kobietach:
Dla większości kobiet jedynym stosunkiem między nimi a mężczyzną jest posiadanie. Albo ty posiadasz, albo ciebie posiadają.
- Uważasz, że one różnią się pod tym względem od mężczyzn?
- Ja to wiem. Mężczyzna pragnie być wolnym. Kobieta pragnie posiadać. Pozwoli ci odejść tylko wtedy, kiedy będzie cię mogła za coś przehandlować. Wszystkie kobiety to posiadaczki.
- Rzucasz diablo ciężkie oskarżenie na połowę rodzaju ludzkiego - zauważył Szevek, zastanawiając się, czy tamten nie ma aby racji.
***
O cierpieniu:
- Ono istnieje - powiedział Szevek, rozkładając ręce. - Jest realne. Mogę nazwać je nieporozumieniem, ale nie mogę udawać, że go nie ma lub że kiedyś istnieć przestanie. Cierpienie jest stanem naszej egzystencji. Gdy przychodzi, poznajecie je. Wiecie, że jest rzeczywiste. Słuszne jest oczywiście leczenie chorób, walka z głodem i niesprawiedliwością, jak to czyni organizm społeczny. Ale przecież żadne społeczeństwo nie odmieni natury bytu. Nie jesteśmy w stanie zapobiec cierpieniu. Temu konkretnemu bólowi, tamtemu konkretnemu bólowi - owszem, lecz nie bólowi w ogóle.
Społeczeństwo może ulżyć jedynie społecznemu cierpieniu - cierpieniu niepotrzebnemu. Pozostaje reszta. Korzeń, rzeczywistość.
My wszyscy, jak tu siedzimy, zaznamy smutku; jeśli przeżyjemy pięćdziesiąt lat, będziemy przez pięćdziesiąt lat cierpieli ból. Na koniec zaś umrzemy. Do takiego się urodziliśmy losu. Boję się życia! Bywają chwile, że jestem... śmiertelnie przerażony. Szczęście - każde szczęście - wydaje się trywialne. A jednak zastanawiam się czasem, czy to wszystkonie jest jakimś nieporozumieniem - to uganianie się za szczęściem, ten strach przed bólem... Gdyby zamiast bać się go i uciekać przed nim, człowiek mógł... przezwyciężyć go, przekroczyć. Za nim coś jest. Tym, co cierpi, jest istota, a przecież istnieje taki punkt, w którym istota znika. Nie wiem, jak to wyrazić. Ale wierzę, że ta realność, ta prawda, którą odkrywam w cierpieniu, a której nie znajduję w wygodzie i szczęściu, że ta realność bólu - nie jest bólem. Jeśli umie sieją przezwyciężyć. Jeśli umie sieją przecierpieć do końca.
***
O pomaganiu:
Szevek, ze skupioną i spokojną twarzą, siedział na stole, dyndając długimi nogami.
- Czy widzieliście, jak umiera człowiek? - zapytał.
Większość widziała, w domicylu lub podczas ochotniczej służby w szpitalu. Wszyscy - zjednym wyjątkiem - pomagali przy tej lub innej okazji grzebać zmarłych.
- W obozie na Południowym Wschodzie był pewien mężczyzna - pierwszy raz w życiu widziałem coś podobnego. Silnik aeroauta miał jakiś defekt, pojazd rozbił się przy starcie i stanął w płomieniach. Wyciągnęli tego mężczyznę całego poparzonego. Żył jeszcze jakieś dwie godziny. Nie można go już było uratować; nie miał żadnego powodu, żeby żyć tak długo, żadnego uzasadnienia tych dwóch godzin. Czekaliśmy, kiedy przylecą z wybrzeża ze środkami znieczulającymi. Zostałem przy nim, razem z dwoma jeszcze dziewczynami - załadowywaliśmy tam samolot. Nie było na miejscu lekarza. Nie można było nic dla niego zrobić, jedynie zostać tam, czuwać przy nim. Był w szoku, ale prawie cały czas przytomny. Okropnie cierpiał, szczególnie ręce - nie sądzę, żeby zdawał sobie sprawę, że reszta jego ciała jest zwęglona - czuł ból głównie w rękach. Nie można go było dotknąć, żeby pocieszyć, bo odchodziła mu skóra i ciało i wtedy krzyczał. Nie mogliśmy dla niego nic zrobić. Nie mogliśmy mu udzielić żadnej pomocy. Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę, że przy nim jesteśmy. Nie na wiele by mu się to zresztą zdało. Nie mogliśmy dla niego nic zrobić.
Wtedy zrozumiałem... wiecie... zrozumiałem, że dla nikogo nie jesteśmy w stanie nic uczynić. Nie możemy ocalić jeden drugiego.
Ani samych siebie.
***
O ocenianiu:
Szevek odnosił wrażenie, że uwolnienie ich od obowiązków pozostawało w zależności wprost proporcjonalnej do braku własnej inicjatywy.
System egzaminacyjny, który poznał, przejął go zgrozą. Trudno mu było wyobrazić sobie skuteczniejszą metodę zohydzania naturalnego pociągu do nauki niż to wkuwanie wiadomości i wydawanie ich na żądanie. Początkowo odmówił przeprowadzania jakichkolwiek testów i wystawiania ocen, władzami uniwersyteckimi tak to jednak wstrząsnęło, że ustąpił, nie chcąc okazać braku szacunku dla gospodarzy. Poprosił swoich studentów, by napisali rozprawkę na temat dowolnego, zajmującego ich zagadnienia fizyki, zapowiadając, że wystawi wszystkim najwyższe oceny, aby biurokraci mieli co odnotować w swoich kwestionariuszach i formularzach. Ku jego zdziwnieniu niemała liczba studentów wyraziła swojeniezadowolenie z takiego rozwiązania. Oczekiwali odeń, że postawi przed nimi problemy, zada odpowiednie pytania; nie pragnęli obmyślać pytań, ale napisać odpowiedzi, jakich się wyuczyli.
Niektórzy zaś sprzeciwili się stanowczo jego zamiarowi wystawienia wszystkim jednakowej oceny. Jak można będzie odróżnić studentów pilnych od tępych? Po cóż się więc przykładać do nauki?
Jeśli nie będzie się stawiało stopni, człowiek może równie dobrze nic nie robić.
- No cóż, naturalnie - zgodził się zakłopotany. - Jeśli nie ma się ochoty na wykonanie jakiejś pracy, nie powinno się jej podejmować.
Odeszli nieusatysfakcjonowani, niezmiennie wszakże uprzejmi.
***
O analitykach:
Bedap wskazał ręką:
- Ten koc.
- Już był, kiedy się wprowadzałem. Ktoś go sobie utkał i zostawił, gdy się wyprowadzał.Czy w taką noc koc jest rzeczą zbytkowną?
- Ma stanowczo ekskrementalny kolor - zawyrokował Bedap. - Jako analityk funkcji muszę wskazać na zbędność koloru pomarańczowego. Pomarańczowy nie pełni żadnej żywotnej funkcji w organizmie społecznym ani na poziomie komórkowym, ani organicznym, z pewnością zaś nie na poziomie holoorganicznym czy najcentralniej etycznym - w którym to przypadku tolerancja jest mniej pożądanym od wydalenia rozwiązaniem. Ufarbuj go na zgniłozielono, bracie!
***
O instynktach:
Powiem ci, co tu było złe. Byłam w ciąży. Kobiety ciężarne nie kierują się moralnością. Jedynie najprymitywniejszym instynktem poświęcenia się. Do diabła z książką, z partnerstwem z prawdą, jeśli zagrażają bezcennemu płodowi!... To popęd do zachowania gatunku, działać może jednak również na szkodę wspólnoty; jest biologiczny, nie społeczny. Mężczyzna powinien być wdzięczny, że nigdy go nie doświadcza. Lepiej jednak, żeby zdawał sobie sprawę, że może mu ulegać kobieta, i miał się przed tym na baczności. Sądzę, że to dlatego władyckie systemy w przeszłości traktowały kobiety jak własność. One zaś czemu na to pozwalały? Bo stale chodziły w ciąży - bo już były zawłaszczone, zniewolone!
opis książki: