Zły - Leopold Tyrmand

2024-05-01 - Czas czytania: 7 minut

Zły krąży po Warszawie, po rozmowach, po literaturze. Wraca przy tak wielu różnych okazjach, że trudno o nim nie słyszeć. Ale któż czytał? Jest trochę jak mityczny Kudłaty, wzbudza fascynację, może właśnie dzięki temu, że jest ikoną a nie żywą książką? Czemu nie sięgnąłem wcześniej? Odpowiedź jest prosta: to nie my sięgamy po książki. To książki sięgają po nas.

Kapitalna to lektura. Pretensjonalne dialogi przywołują przed oczy filmy z tej samej epoki. Niewinni czarodzieje czarują obrazy, których sztuczność jest namacalnie prawdziwa i buduje klimat konkretnego czasu. I to właśnie ten klimat jest w tej powieści najciekawszy. Klimat powojennej Warszawy, pomijający co prawda tragiczne okoliczności sowieckiej okupacji, ale przecież ludzie żyli, robili interesy, pobierali się i próbowali wychowywać dzieci w każdych okolicznościach. Dlatego ten brak nie przeszkadza zbyt mocno w tej łotrzykowskiej historii, z której namacalnie wychodzi czas przełomu, gdy przedwojenny etos jeszcze nie do końca ustąpił bandyckiemu cynizmowi przebranemu w garnitury partyjnych aparatczyków...


Dziennikarz szukał po kieszeniach. Wyciągnął mentolowe, poczęstował sierżanta i wetknął papierosa w usta rannego. — Chyba mu nie zaszkodzi? To te zdrowotne… — rzekł do Halskiego. Lekarz skinął przyzwalająco i przytknął zapałkę. Ranny zaciągnął się chciwie.

...

Ten kościół za dnia nie wzbudzał w niej, jak w każdym oswojonym z ruinami warszawiaku, żadnych refleksji. Teraz wyglądał groźnie. Przystanęła mimo woli, zafascynowana. Spojrzała w górę: z wznoszących się do wysokości półpiętra stopni leciały w ciemność olbrzymie, jońskie kolumny, podtrzymujące potężny, ciężki tympanon. Ta upiorna kolumnada nie miała żadnego oparcia, żadnego zaplecza; rozłupana przed dziesięciu laty bombą świątynia leżała w gruzach. Nic, tylko żłobione, gigantyczne słupy i strzępy ścian. „Jak to się trzyma przez tyle lat? Taki warszawski Partenon, bez dalszego ciągu za kolumnadą fasady”. Nie darmo w zeszłym roku ukończyła historię sztuki.

Za kościołem ciągnęła się remiza trolejbusowa. Ciche, ciemne trolejbusy stały w równych rzędach, jak śpiące hipopotamy. Zaraz za remizą rozbłysły kołyszące się światła, z głębi dużego placu dobiegały dźwięki walca „Łyżwiarze”, rozsiewane przez wesoły,choć schrypły adapter. Przed dużym płotem z desek stały grupki młodzieży. Marta odetchnęła z ulgą.

...

Polacy znani są z krewkości temperamentu i z rozluźnionych w stawach kończyn. Od częstego wymachiwania. Nie jest rzeczą przypadku, że od dwudziestu lat dzierżymy prymat w europejskim boksie amatorskim. Ta hegemonia najlepiej wyjaśnia, jak dalece jesteśmy amatorami wzruszeń gwałtownych i całkowicie namacalnych. Co inni czynią z sukcesem dla pieniędzy, my robimy z czystego, szlachetnego amatorstwa.

...

Tego roku Warszawa nie miała szczęścia do pogody. Po bardzo mroźnej zimie przyszły zmienne, niosące zaziębienia marcowe aury. Przez kwiecień, wraz ze świętami Wielkiejnocy, trwała pogoda wietrzna, przenikliwa, która zmusiła warszawianki do powrotu w futra i pelisy.

Wiosna warszawska jest wiosną pokrzywdzoną. Morze atramentu wylano dla uświadomienia ludzkości uroków wiosny paryskiej czy wiedeńskiej. Powstała cała literatura muzyczna narzucająca światu nastroje tych wiosen. Ludzie na najróżniejszych równoleżnikach i południkach nauczyli się zachwycać paryską i wiedeńską wiosną, marzyć o nich, tęsknić do nich. Jest to ogromna mistyfikacja, oparta o reklamową potęgę sztuki: poeci, malarze i muzycy Wiednia i Paryża potrafili po prostu tak reklamować i spopularyzować swe wiosny, że uczynili z nich ideał dla reszty świata. Czas najwyższy zdemaskować tę grę! Warszawska wiosna na pewno w niczym nie ustępuje paryskiej czy wiedeńskiej. Gdzież jest bowiem na świecie miasto, w którym pierwsze promienie słońca tak przekornie poczynają sobie z topniejącym śniegiem, takie w nim zapalają tęczowe blaski i tak rycersko zmuszają go do ustąpienia? Gdzież jest na świecie miasto, w którympierwsze wiosenne ciepło tak leniwie i radośnie przykleja zimową odzież do pleców i tak powołująco zmusza do jej zrzucenia? Gdzież jest na świecie miasto, w którym pachnący świeży wiatr od rzeki tyle w sobie niesie dziwnej melancholii, uciskającej duszę w pełne złota poranki, widoczne w prostokątach wiosennych, błękitnych okien? Gdzież jestna świecie miasto, w którym rozedrgane zmierzchy uliczne przepojone są tak trudną i nigdy nie wyjaśnioną tęsknotą za niewiadomym, za nigdy nie zniszczonym, za czymś, o czym nic nie wiemy, czego bardzo pragniemy i czego nigdy nie dostaniemy ani nie osiągniemy w naszym pojedynczym, własnym życiu.

Chyba nie ma na świecie takiego miasta, tak właśnie jak niepowtarzalne nigdzie indziej są warszawskie wiosenne zapachy, nastroje, uczucia i myśli. I dlatego nie mówcie nam o wiosnach paryskich czy wiedeńskich! Nam, którzy wiemy, czym jest, czym być potrafi warszawska wiosna.

...

Robert Kruszyna miał wyraz twarzy przypominający wołu rozwiązującego zadanie matematyczne z użyciem logarytmów i pierwiastków. Zawsze miał taki wyraz twarzy, gdy nie wiedział, czy ma bić, czy nie, i gdy nie było nikogo, kto by zań ten arcytrudny problem rozwiązał.

...

O, fryzjerzy warszawscy!

Jakże wspaniale wyglądają na was czyste, białe kitle, które tak rzadko nosicie…. Jak drogocenne kapłaństwo dzierżycie w pachnących vegetalem i wodą kwiatową dłoniach dar przywracania ludziom sympatii i dla samych siebie! Krzepicie wątpiących, którym zbrzydła własna powierzchowność, a więc ludzi głęboko nieszczęśliwych! Jakże różni jesteście od swego sewilskiego protoplasty i patrona, Figara! Figaro posiadł sztukę zabawiania przy goleniu rozmową, opowiadając o tym, co interesowało jego klientów. Wy, warszawscy fryzjerzy, mówicie przy goleniu wyłącznie o tym, co was interesuje, albo niemówicie nic, okazując szczerą dla golonego pogardę. Może dlatego uważam was za bardziej interesujących.

Nie znaczy to, że jestem waszym bezkrytycznym chwalcą. Nie znoszę waszej brutalnej obojętności, natomiast cenię waszą obmierzłą grzeczność, tak zdawkową, że aż otwarcie impertynencką. Nade wszystko zaś wielbię wasze zakłady fryzjerskie, eleganckie, ubogie, komfortowe i nędz — pełne przegródek z matowego szkła, wieszaków, luster, metalowych mydelniczek, nożyc, brzytew, rogowych grzebieni i miękkich miotełek błyszczącej rączce. Wszystkie jednakowo nazywane salonami. Wszystkie jednakowo poważane przez małe dzieci, obawiające się, a zarazem pożądające waszych rytualnych, gestów przy strzyżeniu z grzywką, na polkę, na jeża lub z przedziałkiem.

Jesteście fachem prastarym, niegdyś skoligaconym z medycyną, teraz podupadłym. Dlatego piastujecie w swych cechowych tabernakulach jakieś trudne mądrości, głęboką wiedzę, wyrosłą na wielowiekowych kontaktach z ludzką próżnością.

O autorze

Autor nie ma nic do powiedzenia o sobie...