Sięgnąłem po tę książkę przekonany posłowiem Lema, który tak podsumował swoją lekturę:
Żywię dla „Czarnoksiężnika” szczególny sentyment. Jest to jedyna pozycja amerykańskiej fantasy, która wzbudziła mój szacunek. Zarazem pocieszyła mnie po lekturze (znanej i u nas) powieści Tolkiena „Władca Pierścieni”. To głośne dzieło pozostawiło mnie obojętnym, a nawet znudzonym. Toteż gdyby nie „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, uznałbym się – wobec współczesnej fantastyki bajeczno-magicznej – za ślepego, wobec kolorów. Ursula Le Guin pomogła mi swoją powieścią odzyskać wiarę zarówno w żywotność fantastyki amerykańskiej, jak i w moją wrażliwość na jej – rzadkie niestety – uroki.
Mogę tylko potwierdzić: nie zawiodłem się.