Schron przeciwczasowy - Georgi Gospodinow

2024-03-25 - Czas czytania: 8 minut

Koncepcja, by radzić sobie z demencją tworząc rezerwat wspomnień, które jeszcze nie odeszły, jest niewątpliwie ciekawym pomysłem. Mogłaby być pretekstem do zbadania także innych spraw związanych z przemijaniem, rolą wspomnień, czy takich kwestii jak uciekanie od rzeczywistości. Mogłaby, ale nie jest. A szkoda.

Postmodernistyczna zabawa konwencjami i erudycyjne żonglowanie ikonami (pop)kultury są czasami całkiem ciekawe, ale gdy są pomieszane z fragmentami bełkotliwymi albo nieścisłymi powtórzeniami - które mają może pobudzić czytelnika do polemiki albo wzbudzić w nim wątpliwą radość ze złapania autora na niekonsekwencji - staje się to nużące i rozczarowujące.

Oczekiwanie na zakończenie nie przynosi spełnienia, autor zdaje się porzucać swoją książkę jak Gaustyn, być może zapominając co chciał napisać, a może nie potrafiąc rozwinąć ciekawej koncepcji, której konsekwencji po prostu nie udźwignął.


Niemniej jest kilka fragmentów które wydają się warte zachowania...

***

Jeden staruszek, którego często do nas przywożono, uwielbiał chować się za kotarą. Stał tam niczym podstarzały chłopiec bawiący się w chowanego, ale gra się przeciągała, inne dzieci zrezygnowały, rozeszły się do domów, zestarzały się. I nikt go nie szukał. A on stał za tą zasłoną i nieśmiało wyglądał, żeby sprawdzić, dlaczego tak zwlekają. Najstraszniejsze w tej zabawie w chowanego wydawało mi się zrozumienie, że już nikt cię nie szuka. Dzięki Bogu on, tak mi się wydaje, tego nie pojął.

W sumie nasze ciało okazuje się z natury litościwe – pod koniec nieco amnezji zamiast anestezji. Pamięć, która nas opuszcza, pozwala nam się pobawić po raz ostatni na wiecznych łąkach dzieciństwa. Kilka wyproszonych minut, no, jeszcze chociaż pięć, tak jak kiedyś pod domem. Zanim zawołają nas po raz ostatni.

***

Czy to nie dziwne, że nie ma urządzenia, które zapamiętuje zapachy? A właściwie jedno jest, jedno jedyne, z czasów przed technologią, analogowe, najstarsze. Język, ma się rozumieć. Na razie nie ma innego, dlatego zmuszony jestem wyłapywać zapachy za pomocą słów i dodawać je do kolejnego notatnika. Pamiętamy jedynie te zapachy, które opisaliśmy bądź porównaliśmy. Warto zauważyć, że tak naprawdę nie istnieją nawet nazwy zapachów. Bóg lub Adam nie dokończyli roboty. Inaczej niż w wypadku choćby kolorów – potrafimy przecież nazwać czerwony, niebieski, żółty, fioletowy... Zapachów natomiast nie jest nam dane nazywać bezpośrednio. Zawsze przez porównanie, zawsze opisowo. Pachnie fiołkami, opiekanym chlebem, wodorostami, deszczem, zdechłym kotem... Ale fiołki, chleb, wodorosty, deszcz i zdechły kot nie są nazwami zapachów. Cóż za niesprawiedliwość. Chyba że pod tą niemożnością skrywa się inny sens, którego nie pojmujemy...

***

[Demencja] to jedna z najdroższych chorób, kontynuował wyliczenia. Amerykanie to sobie skalkulowali, dwieście piętnaście milionów rocznie, i to pięć lat temu. Chodzi o leki, pracowników socjalnych, lekarzy, opiekunów, wyobrażasz sobie, jakie jest zapotrzebowanie na opiekunów? Niektórzy politycy już niedługo zrozumieją, że trzeba brać byka za rogi, ruszy fala niezadowolenia, nikt nie będzie chciał płacić ogromnych pieniędzy na ludzi z „chorobami psychicznymi”, którzy już stanowią „obciążenie dla społeczeństwa, są nieuleczalnie chorzy, zasługują na litościwą śmierć”, będą żądać radykalnej polityki zdrowotnej, jakiejś realpolitik w medycynie... Brzmi znajomo, to retoryka wypracowana i zastosowana jeszcze w latach trzydziestych.

Dobrze, że nie musimy odtwarzać także lat trzydziestych, pomyślałem, ale mimo wszystko zaglądałem do nich. Przypomniała mi się okładka „Neues Volk” z tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego, wydawnictwo socjalistów narodowych ze zdjęciem „nieuleczalnie chorego” i podpisem: 60 000 marek niemieckich, tyle ten człowiek z chorobą genetyczną kosztuje rocznie nasze społeczeństwo. Drogi rodaku, to są twoje pieniądze.

Nasi pacjenci znaleźliby się na pierwszych czterech listach. Od nich się zaczęło – od szpitali psychiatrycznych i oddziałów geriatrycznych.

***

Komunikacja w tym mieście została przerwana na każdym poziomie. Nie rozmawiają ze sobą różne grupy zawodowe, lekarze nie rozmawiają z pacjentami, sprzedawcy nie rozmawiają z klientami, nawet taksówkarze nie rozmawiają z podróżnymi, nie rozmawiają ze sobą ludzie z tych samych środowisk, jeden pisarz nie rozmawia z drugim, który nie rozmawia z trzecim. Rodziny nie rozmawiają ze sobą w domu, nie rozmawiają ze sobą mężowie i żony, nie rozmawiają ze sobą matki i ojcowie. Jakby wszystkie tematy zniknęły nagle jak dinozaury, jakby pomarły w tajemniczy sposób jak pszczoły, jakby wyparowały przez okap kuchenny albo przez małe okienko w łazience z dziurawą moskitierą.

I teraz stoją, on i ona, i nie potrafią sobie przypomnieć, na czym i kiedy dokładnie przerwali rozmowę. W pewnym momencie milkniesz. I im więcej mija czasu, tym bardziej niemożliwy staje się powrót do rozmowy. To proste, milczenie rodzi milczenie. Na początku jest moment, w którym chcesz coś powiedzieć, nawet mówisz to w myślach, nabierasz powietrza, otwierasz usta, ale potem machasz na to ręką i zamykasz drzwi od wewnątrz.

***

są fragmenty dziwnie znajome, budzące bliskie skojarzenia, które rzadko chce się werbalizować... ;-)

K. był młodym asystentem, uwielbialiśmy go, ponieważ różnił się od reszty. Nazywaliśmy go Kafka, młodszy asystent Kafka, wiedział o tym i przypuszczam, że nie miał nic przeciwko. Był (i pozostał) wybuchowy oraz systematyczny, co bardzo się przydaje w wypadku naszej poplątanej świadomości, pełnej chaotycznie przeczytanych książek. Rozmowy z nim zawsze przeradzały się w ostre spory, często na granicy dobrego tonu, zapalał się, był zajadły, przerywał interlokutorom. Akademicki chuligan, lecz było w nim coś czarującego. Nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi, ale piliśmy i sprzeczaliśmy się po bezkresnych knajpach i seminariach lat dziewięćdziesiątych, które nigdy później się nie powtórzyły. Wszystkie nasze spotkania zaczynały się przychylnością z jego strony, przechodziły w długie rozmowy i kończyły się awanturą. Tydzień później dzwonił i ze szczerym zdziwieniem pytał: A ty czemu się nie odzywasz? Przecież się pokłóciliśmy, odpowiadałem. Dobra, dobra, idealnie, żeby wypić coś na zgodę.

***

są ustępy, które psują analityczny humanistyczny charakter tekstu, plasując autora po stronie ideologii, które zdaje się dezawuować... :(

Teraz ponownie mieliśmy przypadek Wielkiej Brytanii. Ze względu na brexit musiała zostać poza referendum. Ale zaraz na Wyspach wyłonił się ruch proeuropejski, który nalegał, żeby Wielką Brytanię włączyć do referendum w sprawie wspólnej przeszłości,jako że w tejże przeszłości była częścią Europy i Unii. Każdej nacji, tak jak każdemu człowiekowi, zdarza się na chwilę postradać zmysły, oznajmiał ruch, należy dać jej historyczną drugą szansę.

Teza o „historycznej drugiej szansie” była dosłownym cytatem z preambuły memorandum. Ale Bruksela miała dość Brytyjczyków w ostatnich latach i postanowiła przyjąć zdrowe twarde stanowisko. Odmówiła.

***

są też repetycje, które mimo namolnego mrugania, dopiero po kolejnym powtórzeniu przywołują w końcu wspomnienie Anny Kareniny:

Wszystkie historie, które się wydarzyły, są do siebie podobne; każda historia, która się nie wydarzyła, nie wydarzyła się na swój sposób.

[...]

Wszystkie szczęśliwe państwa są do siebie podobne, każde nieszczęśliwe państwo jest nieszczęśliwe na swój sposób, jak zostało napisane.


Opis książki:
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4999091/schron-przeciwczasowy

O autorze

Autor nie ma nic do powiedzenia o sobie...