Potwierdziło się, że to nie my wybieramy książki, to książki wybierają nas. Nie wiem czemu nigdy wcześniej nie sięgnąłem po tę pozycję, może dlatego że dziecięce spotkanie z Dickensem nie zachwyciło mnie nigdy. Tymczasem teraz, w wieku mocno dojrzałym, książka ta zawołała do mnie, wspomniana w jakiejś rozmowie i... utonąłem.
Lecz to, co najbardziej mnie poruszyło i wciągnęło to język, odzwierciedlający sposób pojmowania świata. Jakże odmienny od naszej, romantycznie słowiańskiej spontaniczności, swobody, wolności. Naturalność, z jaką zarówno narrator jak poszczególne postacie opisują swoje odczucia daje nieodparte wrażenie autentyczności. Odmienność sposobu postrzegania zjawisk i sposobu komunikowania uczuć dotyka do szpiku, dając wrażenie obcowania z inną planetą, choć to przecież wcale nieodległy, również ludzki świat i, przynajmniej teoretycznie, ten sam krąg cywilizacyjno-kulturowy.
Dzięki tej przepełnionej autentyzmem obcości, możliwe staje się zrozumienie samego siebie i charakteru własnej kultury, systemu wartości i sposobu postrzegania świata. Bardzo cenne doświadczenie, pozwalające pojąć, dlaczego tak trudno nawet dzisiaj, nie tylko o porozumienie, ale chociaż najprostszą komunikację między Anglosasami a Słowianami.
o krwi przy stole:
Uderzony byłem spokojem i wyniosłością, z jaką pan Waterbrook wygłaszał pochwałę Tomcia, a zwłaszcza z jaką wymawiał słowo „z czasem"! Ile w tym jednym słowie było wyrazu! Rzekłbyś, człek urodzony w czepku, który bez najmniejszego wysiłku wspiął się na najwyższe społeczne szczeble, by ze szczytów spoglądać dobrotliwie na zwykłe ludzkie padoły.
Rozmyślałem o tym właśnie, gdy poproszono do stołu. Pan Waterbrook podał ramię Hamletowej cioci, pan Henry Spiker pani Waterbrook, Agnieszka, która by chętnie zapewne mnie wybrała, poszła z jakimś szczuplutkim głuptaskiem; Uriah, Traddles i ja, jako młodzi w towarzystwie, pozostawieni zostaliśmy sami sobie. Chociaż mnie zasmuciła strata Agnieszki, pocieszyłem się odnowieniem znajomości z Traddlesem i już miałem to uczynić, gdy mi na drodze stanął Uriah. Posłałbym go, gdybym mógł, do stu diabłów.
U stołu siedzieliśmy z dala od siebie, na dwóch różnych końcach: Traddles w pobliżu jakiejś damy w czerwonej sukni, ja w cieniu Hamletowej cioci. Obiad był długi, rozmowa toczyła się wyłącznie o arystokracji i wysoce urodzonych. Pani Waterbrook zapewniała po kilkakroć, że „urodzenie" stanowi jedyną jej słabość.
Przychodziło mi wprawdzie na myśl, że byłoby nam swobodniej i weselej, gdybyśmy się nie silili na tyle dystynkcji. Tak dalece byliśmy dystyngowani, że to w szczególniejszy sposób wszystkim zawadzać musiało. W towarzystwie znajdowali się niejacy państwo Gulpidge. Pan Gulpidge miał coś do czynienia z bankiem; bank tedy z jednej strony, izba skarbowa z drugiej, nie wychodziliśmy z zaczarowanego koła. W dodatku Hamletowa ciocia posiadała familijne zamiłowania do monologów i dorywczo na własny sposób omawiała poruszane kwestie, kwestia zaś urodzenia dostarczała jej równie abstrakcyjnych, jak niegdyś nieboszczykowi Hamletowi, problemów. Tyle mówiliśmy o dobrej i czystej krwi, o krwi tylko, że łacno mogliśmy być poczytani przez niewtajemniczonych za grono ludożerców.
- Wyznaję - mówił pan Waterbrook, podnosząc kieliszek i przypatrując się uważnie jego zawartości - że najzupełniej podzielam zdanie mej żony. Wszystko dobre, lecz nic nie wyrówna dobroci dobrej krwi.
- Nie! Nie! - potwierdziła Hamletowa ciocia - nic bardziej zadowolić nie zdoła tkwiącej w nas potrzeby ideału, ideału w każdym względzie, że się tak ogólnikowo wyrażę. Wprawdzie niektóre poziome umysły i dusze - szczęściem niewiele jest takich - wolą schylać kolana przed - przed tym, co nazwę bałwanem. Tak! Stanowczo bałwanem, nie inaczej, przed zasługą, inteligencją i tym podobnym. Są to wszelako rzeczy nieuchwytne,gdy tymczasem krew występuje konkretnie. Dość spojrzeć na nas. Fakt dowiedziony, niezbity, palcem go można wskazać, nie podlegający wątpliwości.
Chudy głuptasek, który siedział obok Agnieszki, bardziej jeszcze stanowczo, o ile mi się zdało, rzecz tę rozwiązał.
- Och! - rzekł z głupim uśmieszkiem, wodząc okiem po zgromadzeniu - na to nie ma rady, niech ją diabli porwą, lecz zrzec się krwi nie możemy, musimy mieć ją i basta! Wprawdzie niektórzy młodzi robią coś sobie z zasługi, wyrobionej w świecie pozycji, wychowania, zasad, ale to wszystko diabelnie mało warte bez krwi. Każdy z nas to wie. Dobra krew! Oho, dobra krew! Ja sam, jak mnie tu państwo widzicie, wolałbym być strącony w przepaść ręką człowieka z krwią urodzonego, niż podniesiony dłonią człowieka bez krwi i urodzenia. Niech mnie diabli porwą, jeśli mówię nieprawdę.
Takie postawienie kwestii wywołało ogólne zadowolenie, nadając podniosły nastrój rozmowie u stołu, aż do chwili odejścia pań.
***
o obojętności i dobrych chęciach:
Obojętność na wszystko nie była jeszcze w one czasy uważana za oznakę wyższości, jak to można zauważyć obecnie. Teraz w największej to jest modzie. Dziś na każdym kroku spotykam panów i panie, zwiniętych w sobie jak gąsienice i szczycących się tym, że ich nic wzruszyć i z tego stanu martwej obojętności wywieść nie zdoła. Dawniej mniej to było rozpowszechnione, toteż słowa i sposób bycia pana Jacka Maldona dziwiły mnie tym bardziej i bynajmniej nie poprawiały opinii, jaką wyrobiłem sobie o tym młodzieńcu.
- Przybyłem - mówił - dowiedzieć się, czy Annie życzy sobie być dziś wieczorem na operze? Ostatnie to dobre w tym sezonie przedstawienie i warto słyszeć tę śpiewaczkę. Wyborna, a doskonale przy tym szpetna - skończył, znów pogrążając się w obojętności.
Doktorowi uśmiechało się wszystko, co mogło być dla jego żony rozrywką.
-Musisz pojechać, Annie, musisz.
- Wolałabym pozostać w domu - odrzekła Annie.
Nie patrząc wcale na swego krewniaka zwróciła się do mnie, wypytując o Agnieszkę, czy zamierzam ją odwiedzić i kiedy. Była zaś tak wzruszona, że chyba tylko człek tak zaślepiony, jak doktor, mógł tego nie zauważyć.
Nie zauważył jednak. Owszem, wmawiał w nią, że będąc młodą, potrzebuje rozrywki i nie powinna zagrzebywać się u boku starego grzyba. Posłyszy nową śpiewaczke, a potem odśpiewa mu słyszane piosenki. Nie słysząc, nie mogłaby przecie tego uczynić. Wten sposób skłaniał żonę do przyjęcia propozycji krewniaka, którego zaprosił na obiad. Maldon odjechał wkrótce, zapewne do swych zajęć, z miną zupełnie rozleniwionego i znudzonego człowieka.
Ciekawy byłem nazajutrz, czy Annie dała się namówić do teatru. Nie, nie dała się namówić. Po południu odwiedziła Agnieszkę i namówiła męża, by jej towarzyszył. Wracali pieszo, wieczór był prześliczny. Myślałem o tym, gdzie by się udała, jeśliby przypadkiem Agnieszki tego dnia nie było w mieście? Wywierała ona i na doktorową swój zbawczy wpływ.
Annie nie wyglądała na szczęśliwą. Nieraz pytałem siebie, czy szczery, czy przewrotny jest wyraz jej twarzy?
***
handel świadectwami:
Commons osaczone było pokątnymi doradcami, a i takimi, co nadużywali lub nadużywać pozwalali swej proktorskiej godności. Przyciśnięci potrzebą, powiększyliśmy tę bandę, korzystając z usług pokątnych doradców w nadziei, że nam spraw nastręczą. Świadectwa do zamęścia i tym podobne błahostki opłacały się nam stosunkowo najlepiej, faktorzy rozstawieni zostali po wszystkich przejściach dla łapania przechodniów w żałobie lub o zafrasowanym wyglądzie. Zlecenie to spełniane było tak skrupulatnie, ze mnie samego zaczepiono parę razy, wsuwając w rękę adres naszej kancelarii. Powstawały stąd częste nieporozumienia i nasz własny faktor - służył przedtem w szynku - chodził przez kilka dni z podbitym okiem. Inny znów porwał gwałtem jakąś damę w żałobie ciągnąc ją do adwokata, w którego służbie pozostawał. Parę razy podobnych przyprowadzono mi jeńców. Co do świadków w sprawach małżeńskich, doszło do tego, że interesanci padali ofiarą silniejszego. Jeden z naszych aplikantów zwykł był siadywać w kapeluszu, by, gdy zajdzie potrzeba, czym prędzej mógł dostarczyć żądanych świadków. Faktorstwo to utrzymało się, sądzę, po dziś dzień. Ostatni raz, gdym tamtędy przechodził, krępy jakiś jegomość w białym fartuchu wpadł na mnie i szepcząc „świadectwo do ślubu" gotów był ciągnąć do „swego" adwokata.